single-image

„To nie macierzyństwo przerasta. Przerasta jego idealny obraz”. – list.

Aleksandra Broda

Dzisiaj głos oddajemy naszej czytelniczce, która przeszła wiele, by teraz, po kilku latach zacząć cieszyć się macierzyństwem.

Zjecie mnie, ale muszę się wygadać. Muszę to z siebie wyrzucić. Z tym problemem zmaga się wiele matek na całym świecie, ale nikt nie chce powiedzieć o tym głośno: „Macierzyństwo mnie rozczarowało”. Miało być łatwo, bezproblemowo. A okazało się ciężką drogą. Zacznę od początku. Początkiem u mnie była upragniona ciąża. Miałam ciężką pracę, więc od razu praktycznie lekarz skierował mnie na L4. Kupa. Kiedy inne matki zaczynały od tej niemowlęcej, ja już w pierwszym miesiącu ciąży wydałam kupę pieniędzy na kupę książek. Do siódmego miesiąca przeczytałam wszystkie. Sprzeczne informacje z książek potraktowałam jako zachętę do wyrobienia sobie własnego zdania. Byłam już gotowa. Wiedziałam już wszystko: jak karmić piersią, jak radzić sobie z kolkami. Co mówić, jakim tonem, o której godzinie kłaść spać, żeby wyrabiać sobie rutynę. Chociaż do rozszerzania diety zostało mi sześć miesięcy, ja już miałam rozplanowaną DIETĘ BLW do drugiego roku życia mojego dziecka. Kocyki mięciutkie, poduszki, wody ze szklanych butelek, pieluchy wielorazowe.

Mojego porodu nie opisała żadna książka, a ból, jaki mi towarzyszył pod czas niego, nie zdążyła wytłumaczyć położna ze szkoły rodzenia. Łzy, ból i obietnica: nigdy więcej. No ale przeżyłam. Powrót z niemowlakiem do domu? Na nic zdały się książki i tutoriale. Takie, w których krok po kroku ktoś uczył jak kąpać niemowlaka. Ręce trzęsły mi się jak galareta. Robiliśmy to z mężem wspólnie, a i tak on radził sobie lepiej ode mnie. Przychodziła starsza położna, na którą patrzyłam się krzywo: Co ona tam może wiedzieć, skoro jest „starej daty”.

Kolki. Nic nie pomagało, żadne naturalne sposoby. Ledwo żyłam. Dlaczego nikt nie napisał dosadnie, że te metody mogą pomóc, ale niekoniecznie muszą? Skończyło się na łyżce rumianku, którą przezywałam przez kolejne miesiące. Moja własna klęska. Ja, zła matka, która dała ciała tak szybko.

Książki mówiły, że malucha trzeba cały czas obserwować: śmierć łóżeczkowa, zadławienie się ulewaniem. Nie spałam.

Idealnie urządzony dziecięcy pokój zamienił się w armagedon, w którym nie sposób było znaleźć pieluchy. Mąż chciał raz posprzątać. Odebrałam to jako atak w moją stronę, że sobie niby nie radzę.

Roczek. A tu jeszcze nie chodziło moje dziecko, słabo mówiło: „mama”. Jeden lekarz, drugi. Czekałam, aż ktoś się nim zajmie, a słyszałam tylko: „Musi pani poczekać”.

Porównywałam dzieci z Instagrama z moim. Coś mi nie grało. Coś zawsze było nie tak. Autyzm? Zła dieta? Niedożywienie? Zmęczenie? Klimat nie ten?

Wiedziałam, że nie mogę się zaniedbać, wiedziałam nawet jak to robić, bo ciocie z Insta i z grup radziły, podpowiadały. Dumnie pokazywały swoje czteropaki, uśmiechały się wdzięcznie do aparatu. Też im pokaże, że jest super. Pokłóciłam się z mężem, bo nieważne jak bardzo prężył się, żeby ująć mnie z dzieckiem w Insta pozycji, nie wychodziły mu te zdjęcia. „Ty nie umiesz nawet robić zdjęć!”. Dumnie znosił moje fochy, bo znowu coś nie wyszło, bo coś zrobiliśmy nie według książki.

Zastanawiałam się nad wizytą u psychologa, obserwowałam inne mamy w piaskownicy. Chciałam zapytać: „Ty też tak masz, że nie umiesz się tym wszystkim cieszyć? Że cię to wszystko przytłacza?”.

Aż w końcu powiedziałam koniec. Nie wiem, co mnie do tego pokusiło. Być może zjadły mnie wyrzuty, że nie umiem się cieszyć. Chciałam być mamą-gwiazdą-eko-wszechwiedzącą. Nie wyszło. Miałam dwa wyjścia: albo zluzować, albo zacząć się leczyć.

I zluzowałam. Pozwoliłam mojemu czteroletniemu synkowi zjeść chrupka od kolegi. Zamiast książkowo z nim rozmawiać i sprawdzać w tabeli, czy robi postępy w rozwoju. Zaczęłam rozmawiać z nim jak rodzic. Pozwoliłam naklejać mu w swoim pokoju te brzydkie naklejki z gazet. Przestałam przejmować się tym, że to „brzydko wygląda”. Przestałam udawać, że jestem specem od wszystkiego. Zaczęłam słuchać innych ludzi, ale nigdy się do nich nie porównywać. Idealne macierzyństwo? Istnieje według mnie, jeśli masz sztab ludzi do pomocy, a swoje rodzicielskie porażki, których wszyscy doświadczamy, zakrywasz najpiękniejszym filtrem z Instagrama.

Po co to piszę? Nie po to, żeby hejtować podręczniki. One są pomocne, ale nie w nadmiarze. Zajmijmy się kupą dziecka, a nie kupą książek, które wypruwają z nas instynkt macierzyński. Uwierzmy w swoje możliwości, dbajmy o dzieci: karmy je dobrze i zdrowo. Rozmawiajmy z nimi, ale jako rodzice, a nie jako ktoś, kto przeczytał wszystko i zanim odpowie, spróbuje przypomnieć sobie fragment książki. Najważniejsze: nie wierzmy w idealne macierzyństwo. W idealne porody i idealne, książkowe dzieci. Chyba że chcemy być smutne i zawiedzione.

To nie macierzyństwo przerasta. Przerasta nas obraz, który tworzymy sobie w głowie: jak powinno wyglądać. A powinno być po prostu piękne, zdrowe i serdeczne. Po prostu.

Zobacz również

# Ku przestrodze
close slider
Slider